"Kim jesteś"

Napisałeś tekst i chcesz poznać opinię innych? Tu wstawiamy opowiadania i fragmenty powieści powyżej pięciu tysięcy znaków.
Korycka
Nieśmiałek
Posty: 2
Rejestracja: 12 wrz 2020, 5:06

14 wrz 2020, 11:21

"Kim jesteś" to powieść na pograniczu fantasy. Przedstawiam tu jej początek, aby czytelnik mógł się zorientować, o co w niej chodzi.

„Kim jesteś?”

Choć bardzo bym chciał, to za nic nie jestem pewien, czy potrafię opowiedzieć wam, co mi się zdarzyło i to tak, byście nie uznali mnie za czubka. Zapewniam was jednak, że jestem zwykłym facetem. Do niedawna byłem pewien, że także najzupełniej normalnym, ale teraz ta moja pewność znacznie zmalała. Bo co powiecie o gościu, który miewa zwidy, przesiaduje godzinami w ciemnym pokoju, przy zasłoniętych oknach, gada sam do siebie i notorycznie przerzuca strony internetowe w maniackim poszukiwaniu czegoś, co nie istnieje? W dodatku stoi na stanowisku, że to nie istniejące, jest takim tylko dla wszystkich innych oprócz niego, a on sam jest wybrańcem, któremu dane zostało odkryć tajemnicę, sięgającą licho wie ile lat wstecz. Taki facet to przecież idealny kandydat do białego pokoju bez klamek, o ścianach wyłożonych dźwiękoszczelnymi materacami, z lustrem fenickim, przez które inni ludzie w białych fartuchach, z identyfikatorami zawieszonymi na szyi, mogą go obserwować jak małpę w zoo, samymi nie będąc widziani. Ale to przecież nie ja! Ja jestem, czy też byłem, zwykłym, szarym człowiekiem, których setki tysięcy chodzi po ulicach miasta, w którym mieszkam. Jest to duże miasto, stołeczne, położone w środku dwudziestopierwszowiecznej Europy.
Nazywam się Victor. Dobre sobie! Victor – od zwycięstwa! Ktoś uważa, że to rodzaj wróżby na przyszłość – to moje imię. Ja uważam inaczej, ale potulnie milczę, bo z tym kimś, kto tak uważa, nie sposób polemizować. Jestem, jak to się mówi, dojrzałym facetem. Mam 36 lat, ukończyłem studia o kierunku humanistycznym, po których znalazłem pracę w gimnazjum, gdzie nauczam historii całą czeredę rozpuszczonych dzieciaków. Choć codziennie wychodzę do domu z bólem głowy, to przyznaję, że lubię moją pracę. Nie mówię, że bardzo, ale na tyle, że jakoś wytrzymuję. Cudem udaje mi się wbić do głowy tym dojrzewającym nastolatkom cokolwiek, co nie jest związane z piłką, strojami lub wszechpanującym w ich wieku seksem. Choć pod względem seksu też uważam się za normalnego, to moje życie w tym zakresie jest pożałowania godne. Wciąż jestem sam, nie dowierzając ani trochę tym z moich szalonych znajomych, którzy uważają mnie za atrakcyjnego faceta.
Nie powiem, że nie próbowałem, ale jak dotąd wszystko kończyło się w momencie, kiedy docierało do mnie, że to tylko ja jestem zobowiązany do zapewnienia partnerce miłego związku, bez żadnych powinności z jej strony. Było to dla mnie zawsze bardzo nużące i z kolejnymi dziewczynami rozstawałem się bez żalu, z radością wracając do swego samotnictwa. Czasami udaje mi się poznać tę czy ową, z gatunku zwanego „łatwymi”, umówić na dwie, czy trzy randki, na których z reguły już od pierwszego spotkania załatwiamy, co trzeba, potem rozstajemy się bez żalu, by przy którymś przypadkowym widzeniu na ulicy powiedzieć sobie „dzień dobry”.
Tak żyłem do czasu spotkania Louise. Od kiedy pojawiła się w moim życiu, wszystko stanęło na głowie. Dobrze choć, że zdarzyło się to na samym początku wakacji, bo inaczej na pewno straciłbym pracę z powodu absencji.
Niejeden z was pomyśli sobie teraz: ocho! Zaczyna się ckliwa, romansowa historia! Otóż wcale nie! Zapewniam was, że Louise to nie żadna wystrzałowa laska z nogami do samej szyi i blond włosami, sięgającymi pośladków! Louise to może dziesięcio-, może dwunastoletnia smarkula, mała, chuda, piegowata, o czerwonorudych, wiecznie rozczochranych włosach i, muszę to przyznać, pięknych, ogromnych, zielonych oczach. Swoją drogą, czy ktoś zastanawiał się, dlaczego rudowłose dziewczyny przeważnie mają zielone oczy? A rudowłosi chłopcy szare? Tak sobie pomyślałem, kiedy pierwszy raz jej się przyjrzałem.
Obawiam się opowiedzieć wam o moim pierwszym spotkaniu z Louise, byście nie odwrócili się i nie odeszli, rysując kółko na czole. Z perspektywy czasu wszystko, co wówczas nastąpiło, jest teraz dla mnie zrozumiałe, ale wtedy, gdy to się działo nie byłem mądrzejszy niż wy, kiedy tego wysłuchacie.

Zatem przejdźmy do rzeczy. Uprzedzam, że, jako humanista , lubię ubarwiać swoje relacje. Tym razem jednak postaram się używać słów, które są absolutnie niezbędne, by przedstawić wam tę historię tak, jak ja sam ją odebrałem. Wyobraźcie sobie wieczór w mieście, po upalnym dniu, kiedy zapadający zmierzch budzi lekki wiaterek, dający ulgę po całodniowym upale. Mówię o tym, by uzasadnić, dlaczego do marketu, dość odległego od mojego domu , wybrałem się piechotą, rezygnując z gimnastykowania się przy wyjeździe samochodem z zatłoczonego już o tej porze parkingu. Spacer przez duży skwer, położony na mojej drodze do sklepu był bardzo przyjemny. Nic nie zapowiadało żadnych niezwykłości. Zrobiłem zakupy na kilka dni i taszczyłem dwie wypchane torby plastikowe pełne wakowanego i puszkowanego żarcia, jako, że kucharz ze mnie marny i wyznaję zasadę, że nie żyje się, żeby jeść. Przy końcu skweru, od strony mojego domu, stoi, ukryty wśród drzew i krzewów, betonowy, zadaszony, wydzielony placyk z przeznaczeniem na kontenery ze śmieciami. Kiedyś był zamykany na kłódkę, ale co chwilę ktoś z lokatorów gubił klucze i trzeba było dorabiać albo zmieniać, a i tak kloszardzi buszowali w nim wedle uznania, obcinając kolejne kłódki. Pozostawiono go więc otwartym, co z kolei stanowiło niebezpieczeństwo pożaru. Nikt się tym jednak nie przejmował i większość mieszkańców z najbliższych okolic po prostu omijała teren śmietnika, jeśli nie musiała z niego korzystać. Przejście w jego sąsiedztwie pozwalało mi zaoszczędzić spory odcinek drogi, więc bez wahania ruszyłem w tamtym kierunku. Akurat cała alejka, doń prowadząca, była pusta i nie przewidywałem niespodzianek po drodze. Zbliżałem się do śmietnika, nie zachowując żadnej szczególnej ostrożności. Moje adidasy chrzęściły przyjaźnie na alejkowym żwirze, torby szeleściły wesoło, byłem już prawie w domu i, ogólnie rzecz biorąc, wieczór zapowiadał się całkiem sympatycznie. Mimo prowokowanych przez siebie odgłosów, w pobliżu śmietnika usłyszałem jednak coś, co mnie zaniepokoiło. Przystanąłem tuż przy wejściu i wsłuchałem się uważnie. Jakby jęk… Ale stłumiony, powstrzymywany. Postawiłem torby przy wejściu i zagłębiłem się w półmrok. Nie było całkiem ciemno, bo latarnie na skwerze rzucały pod zadaszenie nieco światła. Wyłowiłem z ciemności sylwetki kontenerów. Jeden z nich, skrajny, ustawiony po prawej stronie, wydawał mi się jakiś niekształtny. Gdy podszedłem bliżej, zorientowałem się, że jest przewrócony na bok i to właśnie spod niego wydobywa się ów jęk, który usłyszałem, przechodząc. Śmierdziało niemiłosiernie! Poświeciłem pod nogami swoją komórką i dojrzałem, że pod kontenerem, na wpół przygnieciony leży jakiś gówniarz. Miał nie więcej, niż piętnaście lat i był nielicho przerażony. Przykucnąłem obok, dotknąłem jego ręki. Była ciepła, poruszyła się. Poświeciłem młodemu w twarz. Zmrużył oczy i znów zajęczał. Pomyślałem, że może jest połamany. Próbowałem unieść kontener, ale był mocno wypełniony, część śmieci wysypała się nawet z boku, i ani drgnął. Wypadłem poza betonowy murek. Nikogo! Pusto wszędzie w zasięgu wzroku. Wróciłem do chłopaka.
- Masz coś złamane? – zapytałem głupio, jakby mógł wiedzieć.
- Chyba nie, ale nie mogę się ruszyć.
- Co ci się stało?
- Przygniotła mnie.
- Jak cię przygniotło? Co robiłeś? Jesteś sam?
- Nie, nie sam. To ona! Ona mnie przygniotła! – W jego drżącym głosie usłyszałem przerażenie i nutę histerii.
- Kto? – zapytałem, niepewny, czy dobrze rozumiem.
- Ona! – Wskazał głową w przeciwległy kąt, gdzie przy pierwszym z brzegu kontenerze dopiero teraz ujrzałem jakąś skuloną postać. Była mała i kucała, pochylając się nad czymś. W ciszy słychać było melodyjnie wypowiadane słowa, których znaczenia jednakże nie mogłem zrozumieć. Wstałem i podszedłem tam powoli, żeby dzieciaka nie wystraszyć. Z daleka już bowiem poznałem, że to dzieciak, jeszcze młodszy od tego pod kontenerem.
- Proszę pana! – Trwożliwym szeptem odezwał się chłopak , uwięziony pod żelastwem. – Niech pan tam nie idzie! – Nie słuchałem go. Podszedłem do kucającego dziecka i poświeciłem komórką. I wtedy pierwszy raz ujrzałem Louise. Podniosła się i mogłem ocenić dokładniej jej wygląd. Była mała, nawet jak na swój wiek, który poznałem dopiero sporo później. Chuda, z kościstymi kolanami i łokciami, ubrana w zapinaną z przodu, jeansową sukieneczkę, w sandałkach i białych skarpetkach na nogach. Włosy miała płomiennorude do ramion, rozczochrane, lekko kręcone; twarz delikatną, o jasnej cerze, czego jednak nie mogłem ocenić z całą pewnością ze względu na szczególne światło mojej komórki. Dojrzałem tylko, że ma sporo piegów na nosie i policzkach oraz zadziwiająco duże, piękne w wykroju, zielone oczy. Koloru też wtedy nie byłem pewien, tylko tego, że są jasne. Wtedy były jasne. Podkreślam to, byście zapamiętali, kiedy w przyszłości powrócę tematu. U stóp dziewczynki coś leżało. Kiedy poświeciłem pod nogi, ujrzałem, że to mały piesek, leżący w kałuży czegoś ciemnego, co wyglądało mi na krew. Zmroziło mnie, bo pomyślałem, że mała jest ranna. Stała przede mną z zadartą główką i przyglądała mi się uważnie, z niezwykłym w tej sytuacji uśmiechem. Po chwili zarejestrowałem pod nogami jakiś ruch. Poświeciłem tam i ujrzałem, jak piesek powoli podnosi się, staje na czterech łapach i odbiega na kilka kroków. Powiodłem za nim światłem z telefonu. Wyglądał na żwawego i zdrowego. Za chwilę wrócił do małej, usiadł obok niej i zaczął lizać końce palców jej zwieszonej wzdłuż ciała ręki. Byłem trochę zdziwiony i poświeciłem w miejsce, gdzie przed chwilą leżał. Ciemna plama zniknęła! Na moment zabrakło mi tchu, ale już za chwilę pomyślałem, że musiała mi się przywidzieć. Tak na marginesie, pomyślcie, jakież przewrotne są nasze umysły! Kiedy nie znajdujemy wytłumaczenia jakiegoś zjawiska, gotowi jesteśmy zaprzeć się nawet naszego własnego postrzegania, byle tylko zachować jakąś logikę, która w końcu może okazać się z gruntu fałszywa! Wtedy jednak nie zdawałem sobie z tego sprawy.
- Cześć, mała! Jak się nazywasz? – zapytałem beztroskim tonem. W końcu byłem pedagogiem!
- Cześć! Jestem Louise. A ty jesteś Victor? – odpowiedź i szok w moim umyśle! I reakcja znów ta sama, co poprzednio; może mimo woli powiedziałem swoje imię tamtemu chłopcu? No, nic! Jedziemy dalej!
- Cała jesteś? Nic ci nie jest?
- Nie.
- Co tu się stało?
- Oni go skrzywdzili i musiałam go ratować. Mojego pieska. Za to oni chcieli zrobić mi to samo, to przewróciłam to i postraszyłam ich. Tamci uciekli, tylko ten został.
- Czekaj, czekaj! Przewróciłaś kontener?
- Musiałam, bo mnie też chcieli rozciąć brzuszek, jak mojemu pieskowi. Ale ich przestraszyłam i uciekli, to mogłam uratować pieska.
W moim mózgu bulgotało jak w saturatorze. Usłyszałem głos chłopaka:
- Ona ich podpaliła, wiedźma jedna!
- To prawda, Louise? – zapytałem, czując się jak idiota.
- Musiałam, ale tu zaraz niedaleko jest fontanna i tam pobiegli. Ugasili się z pewnością.
- O święta logiko! Gdzieś ty? – westchnąłem w duchu, zupełnie zbaraniały. Nadal jednak kontynuowałem tę kretyńską rozmowę. Chłopak pod kontenerem milczał i już nie jęczał, więc pomyślałem, że może jeszcze chwilę poczekać, zanim wezwę pomoc.
- Louise, posłuchaj! Powiedz mi, ale szczerze, jak to zrobiłaś? Jak przewróciłaś kontener?
- Zwyczajnie, o tak! – nie zdążyłem spojrzeć na nią, bo z wrażenia niemal podskoczyłem do góry, kiedy za moimi plecami drugi kontener przewrócił sią z hukiem. Mała stała przede mną, jak przedtem, tylko dojrzałem, jak zaciska dłoń na czymś, zwisającym jej z szyi. Piesek, przerażony hałasem uciekł, ale już za chwilę wrócił i grzecznie usiadł przy nogach Louise.
Tego było dla mnie za dużo. Potrzebowałem zapalić, potrzebowałem napić się kielicha, a przede wszystkim potrzebowałem wyjść stąd i zamknąć się w domu na cztery spusty. Byłem jednak nauczycielem i czułem się odpowiedzialny za tych dwoje dzieciaków, bez względu na to, co zrobili. Zapaliłem papierosa i powiedziałem gdzieś w przestrzeń.
- Poczekajcie, zaraz wezwę pomoc. - Miałem zamiar zadzwonić gdzieś – na 112 albo inny wskazany tam numer. Wyjąłem telefon. Na to Louise grzecznie zapytała:
- A po co?
- Trzeba podnieść kontener i uwolnić go. Sam nie dam rady.
- Ja panu pomogę.
- Ty?! – roześmiałem się, prezentując debilizm rzadkiej maści.
- Nie wierzy mi pan? – po tych jej słowach przyszło na mnie opamiętanie. Mogłem nie wierzyć, że to ona przewróciła pierwszy kontener na chłopca, mogłem sobie to w dowolnie głupi sposób tłumaczyć, ale drugi kontener nadal leżał przewrócony i ja sam przed chwilą widziałem, jak do tego doszło! Zresztą, nieważne! Widziałem, czy nie, musiałem się z tym pogodzić, że stał, a teraz leży. Uwierzcie mi, że wtedy byłem na skraju obłędu. To ciągłe tłumaczenie sobie czegoś, czego wytłumaczyć nie sposób, doprowadzało mnie do intelektualnego poziomu ślimaka.
- Wiesz, Louise, zakładając, że potrafiłaś przewrócić, należy przyjąć, że potrafisz i podnieść.
- No, teraz naprawdę mówi pan mądrze. – stwierdziła zabawnie poważnie.
- Wyjątkowo się z tobą zgadzam – odpowiedziałem pojednawczo, ale i zupełnie szczerze. Za chwilę posłyszałem hurgot w kącie. Półmrok, panujący pod zadaszeniem, nie pozwolił mi dojrzeć szczegółów tego, co się działo. Spojrzałem na małą. Nadal stała bez ruchu a pies siedział obok niej, nawet już nie uciekając. Kiedy spojrzałem na kontener, stał on, jak należy a z betonowego podłoża gramolił się ów przygnieciony wyrostek. Chciałem do niego podejść, by mu pomóc, ale on nagle rzucił się do ucieczki. Pomyślałem, że chyba rzeczywiście nic mu nie było, bo błyskawicznie zniknął mi z pola widzenia.
Odwróciłem się w stronę Louise. Patrzyła na mnie odważnie, głaszcząc pieska.
- Mała, myślę, że powinniśmy coś sobie wyjaśnić. – powiedziałem i choć chciałem, by mój głos zabrzmiał surowo, to słuchając samego siebie nie odniosłem takiego wrażenia. Louise jednak pewnie nie zwróciła na to uwagi i odpowiedziała:
- I ja tak myślę, proszę pana.
Ruszyłem więc w stronę domu, po drodze zabierając ze sobą zakupy. Ruda podreptała ze mną a mały piesek okrążał nas w podskokach.
Do czasu spotkania Louise byłem realistą, to znaczy za takiego się uważałem . Żadne przeczucia ani parapsychologiczne bzdety nie miały do mnie przystępu. W dodatku jestem chyba typowym przykładem agnostyka. Do niedawna byłem przekonany, że agnostyka-ateisty, pokładającym wiarę jedynie w świat materialny. To, co zdarzyło się potem, zachwiało całkowicie moim systemem rozumowania. Mój pogląd na podstawowe prawa logiki i innych, pokrewnych jej nauk, uczynił ze mnie znerwicowanego, podatnego na różne pozazmysłowe odczucia osobnika. Gdybym wiedział, co mnie czeka, zapewne dałbym w długą za przykładem uwolnionego spod kontenera wyrostka. Teraz było jednakże za późno, bo oto szedłem z dziesięcioletnią dziewczynką do swego mieszkania, co u spotkanych ewentualnie sąsiadów mogło budzić określone skojarzenia. Ale co miałem zrobić? Zostawić tę małą na ulicy? Było ciemno, zbliżała się noc a ja byłem w tym wieku, że mogła ona być moją córką. Mogłem ją odprowadzić na komisariat. To mi jednakże jakoś nie przyszło do głowy, a może byłem tak egoistycznie ciekawy tej całej historii, że zdecydowałem się wyjaśnić to sam. W głębi duszy miałem nadzieję dowiedzieć się od Louise, gdzie mieszkają jej rodzice i czemu nie jest ona z nimi. Przez przerwę w siatce ogrodzenia dostaliśmy się na zatłoczony samochodami parking pod budynkiem, w którym położone było moje mieszkanie . W połowie drogi do bramy ujrzałem sąsiada z naprzeciwka, który kierował się z workiem do śmietnika. „No, to ładnie!” – pomyślałem, przewidując nieprzyzwoite domysły. Kątem oka dostrzegłem, że Louise została gdzieś w tyle. Sąsiad był kilka kroków przede mną. Uśmiechał się szeroko na mój widok. Wyciągnął dłoń do powitania.
- Witam sąsiada! Z zakupów? Przyjemny dziś wieczór po tym upale, nieprawdaż? – zagadnął, przystając. Był gadułą i wyjątkowym nudziarzem, toteż szukałem w myślach pretekstu, by się od niego uwolnić. Nagle posłyszałem wołanie:
- Wujku! Wujku! – W moją stronę biegła Louise, z pieskiem przy nodze. Przypadła do mnie i zaczęła ciągnąć mnie za rękę w stronę bramy. – Chodź szybko, bo muszę siusiu! I mama miała dzwonić! Chodźmy! – Naprędce pożegnałem się z sąsiadem, bąkając coś o córce siostry, która przysłała ją do mnie na wakacje i z ulgą udałem się do domu. Pod drzwi mojego mieszkania na piątym piętrze dotarliśmy już bez przeszkód.
W windzie zapytałem Louise:
- Naprawdę chce ci się siusiu?
- Nie, wysiusiałam się przed chwilą pod drzewem. Ale wiedziałam, że nie chciałeś rozmawiać z tamtym panem i blefowałam.
- A ten wujek i mama?
- Musiałam coś wymyśleć, żeby nie podejrzewał cię o molestowanie. Nie słyszałeś, że ostatnio dużo się o tym mówi?
No, i to by było na tyle! Tyle z moich dyskretnych przemyśleń! Co jest u licha?! Przyznam, że wtedy jeszcze się nie bałem. Po prostu wypierałem sedno rzeczy ze świadomości, czepiając się jedynie jego skrawków, mających pozór logicznych i w jakiś sposób przystających do mojego realnego świata. To, co najważniejsze, miało przyjść później. Stopniowo przechylałem szalę mojego pojmowania i równowagi psychicznej w stronę absurdu. Żyłem wtedy jakby we śnie, chodziłem i mówiłem automatycznie, dramatycznie czepiając się choćby najmniejszych pozorów normalności. Intensywnie myślałem o tym, przygotowując kolację dla siebie i dla małej. No, bo cóż mogłem uczynić? Uciec stamtąd, zamykając małą w mieszkaniu, niepewny, co ona zrobi? Dała mi już próbkę swoich umiejętności! Moja świadomość była już tak porażona i zmęczona, że stać mnie było tylko na bierne czekanie z nadzieją, że samo się coś wyjaśni. Byłem tak skołowany, że nie stać mnie było nawet na strach. Poza tym Louise nie odbiegała wyglądem od tysięcy podobnych dzieci. Była miła, wścibska, przemądrzała i taka mała, pozornie bezbronna i zagubiona. Przygarnęła się do mnie, jak ten piesek do niej. Sama sprawiała wrażenie małego, bezpańskiego psiaka. Z jakiegoś powodu poszła ze mną i tego właśnie musiałem się dowiedzieć. Czemu to zrobiła i dlaczego akurat ja?
Grzałem właśnie mleko na kakao, kiedy przybiegła do kuchni z pilotem do telewizora w ręku. W świetle kuchennych jarzeniówek dojrzałem, że mała ma ubrudzoną i lekko poszarpaną na brzegach sukienkę, białe skarpetki zaś noszą ślady kontaktu z ziemią, podobnie, jak jej kolana i dłonie. Pomyślałem, że dłuższy czas musiała przebywać sama, bez opieki.
- Victor! Mogę włączyć TV? – zapytała.
- Możesz, ale pilotem nie da rady, bo baterie się wyczerpały.
- Ale mogę?
- Możesz, możesz. Nie zapomnij tylko umyć rąk przed kolacją! – krzyknąłem jeszcze za nią.
Za chwilę posłyszałem odgłos lejącej się wody w łazience a potem głos prezenterki wiadomości na kanale informacyjnym. Myślałem, że Louise zechce oglądać bajki albo jakiś film.
- Gdzie chcesz jeść? W kuchni, czy tam? – krzyknąłem.
- Zjedzmy w pokoju! – odkrzyknęła. Też miałem na to ochotę. Lubiłem jeść przy telewizorze.
Za kilka minut zajadaliśmy się już małymi paróweczkami, popijając gorące kakao. Na ekranie telewizora zmieniały się obrazy i prezenterzy, przedstawiający kolejne wiadomości. Za chwilę prztyknięciam pilota Louise przełączyła na inny kanał informacyjny.
- Jak to zrobiłaś? – Zdumiałem się, bo baterie wyczerpały się już pół miesiąca temu i za każdym razem, tak, jak i dziś, zapominałem kupić nowych. Mała roześmiała się w odpowiedzi.
- Zamieniłam baterie. Czy to takie dziwne? – uczyniła głową gest w kierunku stojącej na niskim stoliku pod ścianą wieży, która też miała swojego pilota. Odetchnąłem z ulgą. Dążność do unormalnienia obserwowanego świata powróciła, zamykając dostęp do mojego umysłu tym sygnałom, które mogłyby mnie przybliżyć do poznania prawdziwej istoty mających miejsce zdarzeń. Dziewczynka, wyglądająca jak tysiące innych w jej wieku, z zainteresowaniem przysłuchiwała się wiadomościom, sprawiając jednakże wrażenie, że czeka na coś konkretnego. Nie miałem pojęcia, czego by to miało dotyczyć i po prostu wchłaniałem w siebie ten potok, za chwilę wypuszczając go ze świadomości. W pewnej chwili zaelektryzowała mnie kolejna informacja. Właściwie nie informacja a obraz na ekranie. Ujrzałem bowiem w rogu szklanej tafli zdjęcie rudowłosej, uśmiechniętej dziewczynki. Louise! Z głośnika popłynęły słowa spikerki:

„Nadal trwają poszukiwania dziecka, które ponad miesiąc temu brało udział w poważnym wypadku drogowym na drodze A7 pod Paryżem. W wypadku zginął pijany kierowca citroena, który spowodował wypadek. Rodzice dziewczynki zostali uratowani – wyciągnięto ich z zaczynającego się palić opla-combi, którym podróżowali. Gdy samochód już się palił, matka dziecka zdołała powiadomić służby, że w momencie zderzenia na tylnym siedzeniu spała jej dziesięcioletnia córka. Rzucono się do gaszenia ognia i mimo, iż nie doszło do wybuchu paliwa, dziewczynki w aucie nie znaleziono. Według zeznań przypadkowych świadków wypadku, widziano małą, jak w towarzystwie nieznanej kobiety oddalała się z miejsca zdarzenia. Rodzice zapewniają, że nikt z ich znajomych dziecka nie widział. Ktokolwiek spotkałby małą Louise Lefevre lub miał o niej jakąś wiadomość, proszony jest o kontakt. Numery telefonów widnieją u dołu ekranu.
A teraz zapraszamy na prognozę pogody!”
Przez chwilę po tej informacji milczeliśmy oboje. Louise dziobała widelcem w talerzu, nie podnosząc głowy.
- Jesteś Louise Lefevre? – zapytałem w końcu.
- Jestem – odpowiedziała cicho, zerkając na mnie niepewnie.
- Czemu nie wróciłaś do domu? Rodzice się martwią.
- Bo oni tam byli! Byli z tymi, co zabrali Anę! - Stopniowo podnosiła głos i kiedy na mnie spojrzała, nagle jej jasnozielone tęczówki zmieniły się na czerwone. Przysięgam wam, że jarzyły się jak dwa ognie. Nigdy czegoś takiego nie widziałem i zapomniałem języka w gębie. Nie poruszyłem się też, tylko słuchałem.
- A ona mnie uratowała, wyciągnęła z tego samochodu, który już się palił! I zabrała do swego domu, dała mi jedzenie i ubranie. Mówiła, że przypominam jej córeczkę, która umarła. Opiekowała się mną i powiedziała mi dużo rzeczy. Zabierała na wycieczki, na których pokazywała mi wszystko jak w filmie. Była bardzo dobra, nigdy na mnie nie krzyczała, nawet wtedy, jak przypaliłam mleko. A oni ją zabrali!
- Spokojnie, Louise, ćśśś! Wierzę ci! – Prawdę mówiąc, to uspokajałem bardziej siebie niż ją. Jej oczy wciąż płonęły a ja miałem wrażenie, że powietrze wokół nas drży. Te drgania były subtelne, lecz przenosiły się w jakiś sposób do mojego wnętrza. Wyglądało, jakby za chwilę miał nastąpić wybuch.
Próbowałem objąć małą. Ta jednak odskoczyła na koniec kanapy.
- Nie dotykaj mnie teraz! – krzyknęła. – Nie teraz! – Dyszała ciężko jakby z trudem.
Opacznie ją zrozumiałem.
- Nie skrzywdzę cię, chciałem cię tylko przytulić, po ojcowsku – tłumaczyłem, przysuwając się do niej.
- Nie rozumiesz! To ja ciebie skrzywdzę! A nie chcę! – Louise spojrzała na stojącą w kącie lampę. W sekundę po tym zgaszona żarówka nagle rozbłysła i eksplodowała, posypały się drobiny szkła.
Pozostałem na swoim miejscu.
- Dobrze już, nie dotykam cię, uspokój się, Louise! Popatrz, zapalam papierosa. – Sięgnąłem do otwartej paczki. Kiedy zapaliłem, zdumiało mnie to, że końcówka papierosa jarzy się bardziej, niż zwykle. Ale też powietrze wokół było świeże jak po burzy. Louise powoli uspokajała się. Jej tęczówki wróciły do normalnego koloru. Po chwili wstała i wyszła do kuchni. Kiedy wróciła z małą miotełką i szufelką w ręku, przykucnęła i zaczęła zmiatać z dywanu okruszki szkła z rozbitej żarówki. Spora ich ilość leżała też na ławie, przy której jedliśmy kolację. Próbowałem zgarnąć je na dłoń, ale nie zauważony kawałek szkła wbił mi się boleśnie w rękę. Zaciskając zęby wyciągnąłem go. Pozostała centymetrowej długości rana, krwawiąca i piekąca. Przyłożyłem higieniczną chusteczkę do wnętrza dłoni i zacisnąłem w pięść. Oparłem się i patrzyłem na Louise. Znów była małą, bezbronną dziewczynką i prawie zapomniałem o tym, co przed chwilą widziałem. Te momenty normalności odbierały mi poczucie prawdziwości tego, co mnie spotyka i wprowadzały w niekończącą się huśtawkę nastrojów, opóźniając zrozumienie istoty zdarzeń. Coś jednak parło mnie do jej wyjaśnienia, więc, kiedy Louise wyniosła śmieci do kubła w kuchni i z powrotem usiadła obok mnie, powróciłem do dręczącego mnie tematu.
- Opowiedz mi o tym, Louise – poprosiłem, gorączkowo zastanawiając się nad pierwszym pytaniem, by znowu nie zdenerwować małej.
– Kim jest… Ana? Jak to się stało, że ją zabrali? I kto to zrobił?
- Spałam w samochodzie. Wracaliśmy właśnie z tego szpitala, gdzie mama mnie zawiozła. – powiedziała Louise już niemal zupełnie spokojnie.
- Byłaś w szpitalu?
- Tak, bo jak Sara zaczęła do mnie przychodzić, to powiedziałam o tym mamie. Mama nic nie rozumiała i zaprowadziła mnie najpierw do jednego doktora. Nie wyglądał jak doktor. Nosił zwykłe ubranie, nie miał nawet słuchawek, tylko takie pudełko, które włączał, jak mnie o coś pytał. I tak nagrywał się mój głos. To chyba dyktafon, tak, Victor? – Skinąłem potakująco głową, nie chcąc jej przerywać. Kontynuowała więc.
- Powiedział mojej mamie, że mam rozdwojenie jaźni – nie wiem co to znaczy – i kazał pojechać do tego szpitala na badania. Moja mama zmartwiła się i płakała. Ja też, bo bardzo się bałam szpitala, ale zgodziłam się pojechać grzecznie, żeby tylko mama przestała się martwić. Pojechałyśmy z Marc’iem.
- To twój tata?
- Nie taki prawdziwy, tylko przybrany. Ale nie lubił mnie, tylko moją mamę. Ja też go nie lubiłam, bo często krzyczał na mnie. W tym szpitalu poprzyczepiali mi jakieś rurki do głowy i nie pozwolili się ruszać. Potem powiedzieli, że muszę tam zostać. Nie chciałam, płakałam i prosiłam mamę, żeby mnie nie zostawiała. Wtedy mama powiedziała, że powinnam zostać, bo tu mnie wyleczą. Nie chciała, żebym rozmawiała z Sarą. Obiecała, że za dwa tygodnie po mnie przyjedzie.
- Przyjechała?
- Tak, przyjechała znów z Marc’iem. Słyszałam, jak doktor mówił jej, że to jeszcze za wcześnie, że powinnam tam zostać. Ale mama nie zgodziła się i przytuliła mnie. Powiedziała, że zabiera mnie do domu. I wtedy Marc bardzo się na nią zezłościł. Aż się rozpłakała. W samochodzie cały czas się kłócili. Ja siedziałam cichutko, potem się położyłam na siedzeniu i, jak Marc włączył muzykę, to zasnęłam. Zbudziłam się, jak coś walnęło w nasz samochód. Strasznie huczało i telepało w środku, aż spadłam na podłogę. Potem samochód się przewrócił. Krzyczałam i wołałam mamę. Ale ona nie słyszała. Potem mamę i Marc’a jacyś ludzie wyciągnęli z samochodu. Mnie nie widzieli, bo byłam pod kocem. Nie mogłam się wyplątać z niego. A potem zobaczyłam, jak z przodu samochodu się pali. Było strasznie dużo dymu. Nie mogłam otworzyć drzwi, bo się zacięły. Krzyczałam, ale nikt na mnie nie patrzył i było coraz więcej ognia. Strasznie się bałam! I wtedy przyszła Ana. Wyciągnęła mnie z auta i zabrała ze sobą.
- Wyciągnęła cię? Jak? Mówiłaś, że drzwi się zacięły. Sama była?
- Nie wiem jak. Sama mnie wyciągnęła. Dała mi potem swój sweter i poszłyśmy stamtąd.
- Nie bałaś się z nią iść? Znałaś ją wcześniej?
- Nie znałam, ale tam byli lekarze i karetka a ja nie chciałam wracać do szpitala, to wolałam z Aną.
Kiedy tak tego słuchałem to zrobiło mi się żal Louise – małego, bezbronnego, przestraszonego dzieciaka, który garnął się do każdego, kto okazał mu choć cień życzliwości. Przez moment zapomniałem nawet o tej niezwykłej sile, tkwiącej w dziecku. Skąd ta siła? Musiałem się tego dowiedzieć.
ODPOWIEDZ