Pociąg

Napisałeś tekst i chcesz poznać opinię innych? Tu wstawiamy opowiadania i fragmenty powieści powyżej pięciu tysięcy znaków.
Awatar użytkownika
Wilczyca
Gryzipiórek
Posty: 92
Rejestracja: 13 maja 2020, 0:25

20 maja 2020, 13:21

Ta krótka miniatura jest absolutnie chaotycznym zbiorem myśli. Pisałam to emocjami, kilka miesięcy temu. Mogą być błędy i są - jestem ich świadoma. Najważniejsza jednak jest treść i to, co z sobą niesie. Mam nadzieję, że w niniejszym tekście udało mi się żywo odmalować wszystkie kolory uczuć.

– Skoro nie mogę Cię mieć, to chociaż poudawajmy, że jest inaczej.
– Słucham?
Patrzę z zaskoczeniem na brunetkę, mniej więcej mojego wzrostu. Jej wzrok utkwiony jest w asfalcie, który umyka, w miarę gdy posuwamy się naprzód. Polna droga jest totalnie pusta. Dziewczyna musi się zapewne mocno pilnować, aby na mnie nie spojrzeć, bo wie, że wtedy by pękła. Inaczej, ma chociaż tą minimalną pewność, malutki procent szans, że zrobi to później, niż szybciej.
Wzrusza ramionami, a po jej twarzy przemyka ledwie dostrzegalny cień, który mnie niepokoi.
– Porozmawiajmy o tym, co by było gdyby, gdybyśmy mogły być parą.
Przez moment nie mam pojęcia co odpowiedzieć, więc w milczeniu idę koło niej. Gdzieś tam po lewej stronie klatki piersiowej, moje serce ciążyło niemiłosiernie, ale cóż mogłam zrobić? A może to mózgowi wydawało się, że ten mięsień wielkości mojej zaciśniętej piersi jest taki ciężki?
Westchnęłam cicho, próbując zebrać myśli.
– A co by było gdyby? – spytałam i zerknęłam na nią kątem oka.
Uśmiechnęła się lekko i po raz pierwszy odkąd wyszłyśmy na spacer, w ten cudowny, majowy poranek odważyła się podnieść na mnie swoje intensywne, zielone oczy.
– Może zacznijmy od początku…

Początek był taki, jak każdy inny. Nudny, zwyczajny i szarawy. Mogłabym się biedzić, aby go spróbować trochę upiększyć, ale na brzydką pogodę nic nie poradzisz. A tego dnia była ona tak paskudna, że zapewne nawet Bóg zastanawiał się, jakim cudem ktoś tak namieszał w jego kotle prognozowym. Gdybym była Bogiem, to zamknęłabym ten kocioł w jakiejś piwnicy. Mniejsza z tym…
Wracając, te chmury były ciemne nie tylko na niebie, ale również w mojej głowie. Od samego rana cały świat musiał mi przypomnieć, jak bardzo znienawidzoną istotą potrafię być. Pokłóciłam się z matką (jak zwykle), która nigdy nie potrafi uszanować tego, kim naprawdę jestem, ale cóż zrobić. Czasami odmienność kogoś, kogo (zdaje się), znamy lepiej, nas przeraża, bo jest zupełnie czymś nowym i nie wiemy jak sobie z tym poradzić. Łatwiej by było, gdyby był normalny, wpisywał się w schemat i po prostu był jak wszyscy inni. Czyli, typowo, dla mnie, według mojej matki lepiej by było, gdybym znalazła chłopaka, a najlepiej od razu narzeczonego… ba, męża. Miała bardzo dobrze płatną pracę, duży dom, psa, czy kota oraz gromadkę dzieci. Mój (nie daj Boże) mąż byłby bogatym (przepraszam, brodatym) rycerzem na białym koniu, ociekającym bogactwem jak świnia błotem. Poważnie, już wolałabym tą świnię…


– Czekaj, co powiedziałaś? – przerywam jej, unosząc dłoń i krztusząc się własną śliną. – Że wolałabyś świnię?
Spojrzała na mnie z dziwnym uśmiechem.
– Wolałabym świnię od kogoś, kogo nigdy nie pokocham. W każdym razie…

...tak. Świnia wydaje się być nie najgorszym wyborem. Jednak zostawmy już te brudne tematy. Tamtego dnia wiał uciążliwy wiatr. Hmm? Pytasz, dlaczego wiatr jest taki ważny? Wiesz, gdyby nie on, to pewno bym na Ciebie nie wpadła. Tak myślę. Więc może jednak dobrze, że Bóg nie nad wszystkim ma kontrolę.
Perfidnie zwiewał mi włosy prosto na twarz. Pewien znany komik, powiedział kiedyś, że polskie gwiazdy (kobiece) przeważnie nie potrafią sobie z nim radzić. Coś w tym jest – gdy spojrzysz na ich zdjęcia, wszystkie te włosy wpadają do ust tak, jakby same chciały zostać zjedzone. Ale do rzeczy, bo zaczynam pleść głupoty. To moja specjalność, wiesz? Plecenie głupot. Żeby chociaż warkocze plotło się tak samo łatwo jak głupoty…


– Przestań! – Walnęłam ją z łokcia prosto w żebra, albo raczej próbowałam, bo zdążyła umknąć. – I opowiadaj dalej!
Zaniosła się śmiechem, a ja pokręciłam głową. Co za człowiek!

Lubię też długie wstępy… auć! Dobra! Już! Tylko nie bij, proszę. Nie zgrzeszyłam… Na czym to ja stanęłam? Ach tak, już wiem. Tamtego poranka szłam na autobus, który miał mnie zawieść prosto pod drzwi mojej szkoły.

– Dobra, dobra. Gadanie… wcale nie masz autobusu, który podjeżdża prosto pod drzwi. Musisz maszerować z buta i to ponad dwa kilometry!

Ei… popsułaś mi opowieść. Ale tak, masz rację. I przestań mi przerywać! Bo będziemy tak maszerowały w nieskończoność. No, dobrze. Zgadzasz się. Cieszę się. Wiesz, ja zawsze mam rację, więc trudno, abyś się nie zgodziła. Auć! Dobra! Za chwilę będę zmuszona założyć niebieską kartę.
W każdym razie… tak. W ten ponury dzień, maszerowałam do szkoły, z plecakiem przerzuconym przez ramię i zastanawiałam się, co życie powinno mi dalej przynieść. Nie żeby kiedykolwiek przyniosło to, co chciałam… Niee, dobra, bez przesady. Były takie momenty, ale ludzie mają to do siebie, w szczególności Polacy, że uwielbiają celebrować to, co im nie wyszło, narzekać na to, czego nie mają, albo wspominać to, czego nie było. Wpisuję się w ten schemat, chociaż tak bardzo chciałabym nie i próbuję nieraz samą siebie o tym przekonać, zmieniając historię na swoją korzyść… ale nikt się o tym nie dowie, prawda? Tylko, niestety, bardzo cierpi na tym mój wizerunek i być może moja wiarygodność. To również sprawia wrażenie tworzenia własnego świata, w którym życie jest idealne, ludzie są szczęśliwi, a pogoda jest zawsze piękna, ale DO CHOLERY, CHYBA NIE. Nie… masz rację, Trochę mnie poniosło. Jednak, myślę, że za tym idzie poczucie bycia kochanym i szczęśliwym, u boku osoby, z którą pragnie się spędzić całe życie. Mechanizm jest bardzo prosty. Stwarzasz świat, jakąś piękną historię o sobie i przedstawiasz ją jej, w nadziei, że też zapragnie żyć z Tobą w tej bajce. A wiesz czym się charakteryzuje bajka? Jest czymś totalnie wyssanym z palca. W ogóle… co ci wszyscy twórcy baśni i bajek musieli brać? Niech się podzielą, z nadzieją, że ich życie było chociaż w połowie tak piękne jak ich twórczość. Andersenowi tylko tego nie życzę. Zaprawdę, to takie sięganie nieba, tylko w drugą stronę. W każdym bądź razie… nieważne. Twórca Alicji w Krainie Czarów na zawsze mym bogiem, jasne?
A na poważnie… dzień jak co dzień. W sumie tego dnia, o którym Ci opowiadam, to nic specjalnego się nie stało. Po prostu musiałam od czegoś zacząć. Rozumiesz, taki wstęp. Podpora dla dygresji. Dla postronnego obserwatora, tamten dzień naprawdę był zwyczajny, no może z wyjątkiem tego przeraźliwego wiatru. Nazywają go u nas halnym. Pamiętam, kiedyś jedna znajoma z Warszawy, zapytała się mnie, czy ten halny faktycznie istnieje i czy powoduje złe samopoczucie. A tamta wasza mała syrenka też istniała? No, ale, odpowiedziałam, że jasne i przeważnie ludzi boli głowa. Też należę do tych osób. Oprócz tego, że raz na jakiś czas, Bóg usiłuje Ci udowodnić, że nawet jeśli nie masz piór i masz za ciężki tyłek, to możesz latać oraz ból głowy, to najmniejsza przeszkoda, która może Cię spotkać. Ale to takie tam… dygresje.
Ale w tamten dzień, stała się jedna rzecz. Wpadłam na Ciebie. Albo Ty na mnie. Przypadkiem. Podobno zaplątały Ci się sznurówki.


– Nie podobno! – burczę. – Zaplątały mi się.
– Och jasne, a Elvis Presley był transwestytą! – odpowiadasz. Mam wielką ochotę cię zamordować.

Byłaś tak czymś zaaferowana, że normalnie wzięłabym Cię za pijaną. Że co? Nie byłaś pijana? A czym się różni haj od stanu upojenia alkoholowego? Auuu!
W każdym bądź razie… często to powtarzam, co nie? Wybacz, podoba mi się ta fraza. Wpadłaś na mnie… a że moje zmysły, każde, są niezmiernie wyczulone na kobiece powaby i wdzięki… zareagowałam. Wykrztusiłam jakieś przepraszam, a Twoja przyjaciółka (potem dowiedziałam się, że dziewczyna, potem eks… ha!) chwyciła Cię asekuracyjnie za ramię i posłała mi dziwne spojrzenie, po czym (och te niezbadane kobiece hormony!) uśmiechnęła się i powiedziała…



– Emi, chodź. – Kiwam głową. – To wtedy powiedziała.
Patrzysz na mnie, z lekkim uśmiechem. Swoją drogą nie schodzi on z twoich ust przez cały czas, gdy opowiadasz. Zastanawia mnie to. Zupełnie, jakbyś w środku miała swój własny układ słoneczny…

Wyminęłyście mnie, w tym sporym, korytarzowym tłumie, a ja, zupełnie wbrew logice, przystanęłam na moment, zastanawiając się, co też zdarzyło się przed chwilą. Mój analityczny umysł podesłał mi każdą chwilę, każdy moment, rozbierając go na kawałeczki. Trochę tak, jakbyś klatka po klatce oglądała film – strasznie wolno. Zaklęłam wtedy na własną nieporadność. I w zasadzie to był początek.


Odetchnęłam, wypuszczając powietrze przez usta, a kciukiem i palcem wskazującym prawej dłoni, zaciskając lekko nos. Nie zwalniamy kroku, chociaż robi się coraz cieplej. Nie tylko za sprawą grzejącego słońca, ale wspomnień. Idziesz obok, błądząc spojrzeniem po ukochanych polach. Wiem, jak bardzo je kochasz. Kiedyś, gdy byłaś mniejsza, to miałaś marzenie – wykupić okoliczne ziemie i zasadzić las. Taki wielki, potężny, piękny. Zamieszkałabyś w domku pośrodku tego lasu.
– Wiesz… – Przerywasz tajemniczą ciszę. – Tamtego dnia analizowałam również każdy fragment twojej twarzy, upewniając się, czy na pewno skądś cię nie znam…
– A znałaś?
Wzruszasz ramionami, lekko, jakbyś strzepywała z nich niewidzialny pył.
– Może pośród tych paru dziewczyn, kiedy miałam nadzieję, że coś z tego będzie, to jedną z nich byłaś właśnie ty?
Otwieram usta, aby ci odpowiedzieć, ale…

W snach. Być może śniłam o Tobie. Och, w sumie to na pewno. Niejednokrotnie. Przedtem, teraz i potem. Na początku, gdy nie mogłyśmy przestać rozmawiać, to te sny nieco mnie niepokoiły, ale nadawały temu wszystkiemu… ciekawą atmosferę. Takiej ciekawości… cichej… nadziei? Szerzyłam się do Ciebie, nawet wtedy, gdy Cię nie było obok, a gdy byłaś, to odwzajemniałaś ten wariacki uśmiech. Och, damn it! Nasze organy wewnętrzne mają tą paskudną własność, że sprzymierzają się przeciwko Tobie, kiedy najmniej tego potrzebujesz. Tak więc, jeśli na przykład boli Cię żołądek, to zazwyczaj zaczyna boleć wątroba. Kręci Ci się w głowie, szaleje błędnik, zaczyna Cię ona boleć, a i czasami robi Ci się niedobrze. Mózg jest ostoją logiki, a serce uczuć i nagle serce wysyła impuls do mózgu, a on tworzy obrazy w Twojej głowie. Obrazy przyszłości, marzenia. Tak więc, wybacz mi proszę, że zaczęłam marzyć i mieć nadzieję od początku – o nas. Wiem, to głupie. Niezmiernie. Bo jak mogłam liczyć na to, że dostrzeżesz we mnie coś więcej? Straciłaś przyjaciółkę i dziewczynę… niedługo potem, jak zaczęłyśmy z sobą rozmawiać. Spotykałyśmy się coraz częściej, jednak… chyba nie byłam tą osobą do związku. Albo musiałaś zaleczyć swoje bolące serce? Wiesz… nie chcę tu teraz niczego dopowiadać. Jest też szansa, że to moje ja, spragnione miłości podświadomie zaczęło myśleć o… o nas. To wiele utrudniło. Przynajmniej dla mnie.

– To znaczy? – pytam cicho i podnoszę na nią wzrok.
Widzę, jak zaciska mocno zęby. Ma coś trudnego do przekazania. Nie przychodzi jej łatwo mówić o tym, co czuje, chociaż często wyraża chęci, aby to zrobić. Czasami sama nie jest tego pewna, ale pod wpływem chwili… Zachmurzyła się lekko i zmarszczyła brwi. Nie rozumiałam. Musiała mi to wytłumaczyć.

Widzisz… hmm… dlaczego to jest takie trudne? Moje serce wrzeszczy, a mózg za nim powtarza, to niezwykle ważne słowo… Tak drogocenne, pieszczące uszy… „Kocham Cię”. Jak mam Ci to wytłumaczyć? Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia? Tak? Och, nie… nie wiesz. Myślę, że to się właśnie stało, gdy wpadłaś na mnie na korytarzu. Hmm? Że co? No dobrze, ja wpadłam, niech Ci będzie. To nie trwało długo. Mam na myśli nas… w sensie… naszą przyjaźń… Chociaż nie. Ona, w pewien sposób, trwała nadal. W schematach typowej przyjaźni się nie mieściła… ale… Nie zdążyłyśmy się chyba lepiej poznać. Miesiąc. Tyle to trwało. Od momentu, gdy na Ciebie wpadłam, aż do Twojego wyjazdu na studia. Czy miesiąc to dużo, aby kogoś poznać? Ile to jest dużo, jeśli mówimy o poznaniu drugiej osoby? Istnieje pewne powiedzenie, że można zjeść beczkę soli, a i tak nigdy nie poznamy się do końca. To bolało. Gdy wyjeżdżałaś. W duchu wyłam za Tobą, jak samotny wilk… Kocham wilki, wiesz? Za ich osobowość. Myślę, że jesteś takim jednym… czasami.

Urwałaś i szybko odwróciłaś twarz w drugą stronę. Najwyraźniej nie byłaś w stanie powstrzymać pewnego grymasu bólu, malującego się na twojej twarzy. Chcę cię dotknąć, ale nagle jestem boleśnie świadoma bariery, która jest między nami. Lepiej, abym jej nie przekraczała… przecież nie chcę Ci robić nadziei. Każdy mój nieopatrzny ruch możesz odczytać zupełnie inaczej.
– Co dalej? – Zachęcam cichym, łagodnym głosem do tego, abyś kontynuowała. Wiem, że to nie koniec… Ty nigdy nie kończysz tak szybko.

Było to strasznie ciężkie. Bo we mnie rodziło się coś, czego jeszcze nie potrafiłam nazwać, dopiero dojrzewało… taki mały potwór, który potem miał zająć całą klatkę piersiową i ryczeć. Mniejsza z tym. Próbuję Ci tylko zobrazować, jak to mogło wyglądać. Mijały dnie, tygodnie… bez Ciebie. Na studiach. Kontakt się nam urwał i nagle zostałam sama z nadmiarem wolnego czasu, który zazwyczaj poświęcałam Tobie. Wybiło mnie to z mojej rutyny… Ty byłaś moją rutyną. Gdzieś tam w najdalszych zakamarkach mojego mózgu, miałam niejasne wrażenie, że tylko ja mogę to odbierać w ten sposób… że Ty możesz na to patrzeć zupełnie inaczej. Nie chciałam dopuszczać do siebie tej myśli – przerażała mnie. Przerażało mnie to, że nagle moje wyobrażenia, marzenia, miliony myśli i obrazów o Tobie, o nas, mogą okazać się jedynie ułudą, a Ty powiesz… a Ty powiesz, że… To zawsze była tylko przyjaźń, prawda? Nic więcej… Jakby coś stało się punktem zwrotnym w naszej relacji, jakbyś tą chwilą chciała sprawdzić, czy coś może z tego być. Potem rozjechałyśmy się…


Zaintrygowana, unoszę głowę i zatrzymuję się. Niedaleko mnie jest samotna ławka, obdarta i nieodgryziona zębem czasu. Zauważasz po chwili, że nie idę koło Ciebie i znowu marszczysz lekko brwi, obracając się i również stając w miejscu.
– Wszystko w porządku? – pytasz.
– Siądziemy? – odpowiadam pytaniem. – To zapowiada się na dłuższą opowieść, a ja nie jestem pewna, czy to nasze miasto ma tyle dróg do przejścia.
Parskasz krótkim śmiechem i podchodzisz do mnie. Siadamy koło siebie, razem, a jednak w stosownej odległości. Lubisz dystans. Jakbyś… jakbyś się bała dotyku. Nigdy nie wiedziałam dlaczego.
– A więc? – odgarniam włosy na plecy o obracam głowę w Twoim kierunku. – Mówimy o spotkaniu w Wrocławiu, racja?
W roztargnieniu przeczesujesz swoją własną czuprynę i kiwasz głową.

Tak. Tak bardzo pragnęłam Cię zobaczyć, a jednocześnie bałam się, bo w końcu po roku mogłaś być już zupełnie inną osobą. Dla Ciebie czas zapewne leciał szybko, tu impreza, tam wyjście z znajomymi, tutaj noc filmowa z przyjaciółką… I bałam się również tego, jak na mnie spojrzysz. Nie wiem dlaczego. Ale w końcu zdecydowałam się pojechać do Wrocławia. Och… już chyba wiem dlaczego. Dlaczego zdecydowałam się pojechać do Wrocka… wiem. Ale już wiem też, dlaczego tak bardzo się stresowałam przed spotkaniem z Tobą. Obawiałam się, że moje życie będzie najzwyczajniej w świecie zbyt nudne i niewarte wspomnienia, aby Ci o nim opowiadać. Jechałam z mnóstwem wyobrażeń o tym, co będziemy robić, co zrobię w danej sytuacji, a wiesz co? Ostatecznie sparaliżował mnie strach. Chyba onieśmieliłaś mnie… A znałyśmy się. Znałyśmy się już tyle czasu… Ostatecznie wyszłam na jakiegoś mruka, aż popatrzyłaś na mnie, zaśmiałaś się krótko, aczkolwiek nerwowo i zapytałaś wtedy, czy wszystko w porządku. Jestem jakaś nieswoja… tak. Machnęłam wtedy ręką. Jasne. Wszystko gra. A jednak nie grało. Widziałam tyle okazji, wymowne gesty, znaczące sytuacje, które dostrzegłam znacznie później i głupia! Ograniczyła mnie moja potrzeba panowania nad sytuacją. Brak kontroli mnie przeraża. Nowości i zmiany są dla mnie czymś tak stresującym, że wolę rutynę. Wtedy jeszcze nie potrafiłam się rzucić ot tak, na głęboką wodę i żałuję tego do dziś. Ale z drugiej strony, czy teraz mogłoby być inaczej? Tego nie wie nikt. W każdym razie, o tym mówiłam niedawno – jakby to spotkanie w Wrocławiu było dla Ciebie punktem kontrolnym i jakiekolwiek miałaś zdanie… to zmieniłaś je. Tak myślę. Dla mnie Wrocław stał się niewypałem… swego rodzaju porażką. Mogłam bardziej, mogłam więcej, mogłam lepiej. Ale tak to jest, gdy jedziemy gdzieś z wyobrażeniami. Najgorzej, gdy to są wyobrażenia o samym sobie, a potem rozczarowujesz się gorzko, też samym sobą, bo marzenia mijają się z rzeczywistością. I ta druga strona też to widzi.

Milczę. Nie jestem do końca pewna, co mogłabym powiedzieć. Jestem świadoma tej nagle ciężkiej ciszy, która zapadła między nami. Patrzę na Ciebie krótko i widzę, że masz zamknięte oczy. Coś wspominasz i rozpamiętujesz… Chyba nie masz odwagi na mnie spojrzeć. Też zanurzam się w własnych myślach. W końcu wyławiam jedno z pytań i rzucam je na tą pajęczynę ciszy między nami, która jest rozciągnięta i niezwykle napięta.
– Co byś zmieniła w tamtym spotkaniu?
Uśmiechasz się, jakby kpiąco. Sama do siebie.
– Prawie wszystko, Skarbie, ale nie w tym rzecz…

Rzecz w tym… wybacz. Uwielbiam Cię tak nazywać. Ten pseudonim obracałam w myślach mniej więcej tyle razy, co „Kocham Cię”. Czy wyobrażałaś sobie może kiedyś taką scenę… stoisz oparta o blat w kuchni… och. Och, och, och. Nieważne. Chyba właśnie wkraczam na grząski teren, gdzie mogę stracić ukochaną przeze mnie kontrolę.

Prostuję się i szturcham ją lekko. To mój pierwszy raz, gdy ją dotykam.
– Powiedz! Mi nie powiesz? – Robię słodką minkę.
Rumieni się. A więc tu cię mam. Co sobie wyobrażałaś?
– Proszę – mruczę cicho, odchylając lekko głowę do tyłu.
Wzdychasz i pocierasz twarz rękoma. Miękniesz.

Stoisz oparta o blat kuchenny. Masz na sobie bluzkę, sięgająca niedaleko za uda, które swoją drogą, są nagie. Włosy masz w totalnym nieładzie, rozczochrane, ale takie je właśnie uwielbiam. Obiema dłońmi obejmujesz kubek, w którym zapewne jest gorąca kawa. Wścibskie promienie porannego słońca przecinają kuchnię i padają na Twoją twarz. Zdajesz się delektować nimi, jak i całą magiczną sytuacją. Porankiem. Stoję niedaleko, oparta o framugę drzwi kuchennych i obserwuję Cię z nieukrywaną przyjemnością. Jesteś chodzącym po ziemi aniołem, który jakimś cudem wylądował pod naszym, wspólnym dachem. Skrzydła ucięłaś na rzecz szarej codzienności związku, która wcale nie bywa przyjemna, ale mamy przecież siebie. Razem pokonamy każdą trudność… a życie… jest życiem i musi być szare, aby mogło być również kolorowe. Tak jak teraz. Tego poranka. Jakbyś wyczuła moją obecność, uchylasz lekko powieki i dostrzegasz mnie. To jest znak dla mnie. Ruszam do Ciebie i obejmuję mocno, wtulając twarz w Twoje włosy, szyję i nieustanie, ale cicho mamrocząc swoje ulubione określenie Ciebie… Jesteś jeszcze gorąca, aromatyczna jak ta kawa, którą właśnie odkładasz gdzieś na blat. Kocham Cię. I mogę wielu rzeczy nie wiedzieć, ale to jest coś, co wiem na pewno i będę wiedzieć nawet, gdyby ktoś miałby mnie torturować. Kocham Cię.

Teraz twoja twarz musi być czerwona, bo obracasz ją tak bardzo w przeciwną stronę, że nie mam szans jej zobaczyć. Twoje spojrzenie wędruje wszędzie, tylko nie na mnie. W głowie mam mętlik. Zastanawiam się. Jestem chyba trochę… zszokowana. Twoje myśli i dobór słów są naprawdę ciekawe i imponujące, ale nie to jest główną przyczyną. Chcę otworzyć usta, aby coś odpowiedzieć, ale na dobra sprawę, naprawdę nie mam pojęcia co by to mogło być. Więc nie mówię nic. A Ty, oddychasz ciężko, trzesz twarz, odchylasz głowę do tyłu, zerkając w to niesamowicie jasne i pogodnie niebo. Czyżbyś chciała jeszcze coś dodać?
– Chyba się trochę zagalopowałam – chrypisz i odchrząkujesz. – Boże święty… widzisz to i nie grzmisz…
Nie jestem pewna, czy chcę słuchać dalej, ale… w sumie po to się tu spotkałyśmy. Aby porozmawiać.
– A więc w czym rzecz? – pytam, nawiązując do urwanego wcześniej wątku.
Przez moment patrzysz na mnie bez zrozumienia, ale potem łapiesz. Uśmiechasz się z zakłopotaniem i trzesz kark.
– Cóż…

Rzecz w tym, że nie ma już czego zmieniać. To przeszłość. Było, co było. Aby dojść do tego, w czym tak naprawdę tkwi diabeł, bo w szczegółach i o nie właśnie chodzi… to cóż. Musimy przebrnąć przez to, jak znalazłaś dziewczynę.

Mruknęłam, nieco zaskoczona. Co ona miała do rzeczy?
– Mówisz o Darii? – upewniam się, spoglądając na nią uważnie.
Przytakujesz i dostrzegam, że spinasz się, ledwo dostrzegalnie. Zawahałam się, krótko.
– Opowiedz. – Proszę cicho.

Jakoś dwa tygodnie później, napisałaś do mnie, że jesteś najszczęśliwszą dziewczyną pod słońcem. Zanim Ci odpisałam, zastanowiłam się dlaczego. Miałam cichą nadzieję, że to być może coś w związku ze mną, albo raczej chciałam mieć taką nadzieję… ale nie. To był bolesny zawód, nie wiem dlaczego, ale… przecież szanse na moją wersję były naprawę niewielkie. Chyba dlatego, że nadzieja umiera ostatnia. W każdym razie starałam się przybrać dobrą minę do złej roli. Udałam, że się cieszę, nawet wyraziłam to… Moja jedna część cieszyła się, naprawdę, z Twojego szczęścia, ale druga, lwia partia była zraniona i jednocześnie… zazdrosna. Jak ktoś mógł mi Cię zabrać? Jakim prawem? To ja powinnam być na tamtym miejscu... Ciężko jest dusić w sobie takie emocje i myślę, że to było przyczyną tego, że potem nasz kontakt się urwał. Chciałam, aby one przeze mnie nie przemawiały… ale teraz, patrząc na to z perspektywy czasu, myślę, że było zupełnie odwrotnie. Opowiadając o sobie, miałam nadzieję, że dostrzeżesz we mnie coś wartego i godnego pokochania. To odpychało, sprawiało, że zapewne nie było już nic, o czym mogłabyś ze mną porozmawiać… zresztą. Były ważniejsze rzeczy na głowie. Przysłowiowe spadnięcie z łopatki. Trzecia, chyba najmniejsza część, jakiś ludzki głosik małego rozsądku, podpowiadał mi, że te emocje są zupełnie nie na miejscu. To chyba był ten biedny, zaduszony przez serce rozum. I teraz chcę, abyś mnie dobrze zrozumiała… wiesz, że można być jednocześnie wkurwionym, rozbawionym, szczęśliwym i w cholerę podnieconym? Cała, przepraszam, popierdolona mieszanka uczuć. Skoro to wiesz… a jeśli nie, to uwierz mi, że tak właśnie może być… to będziesz już również wiedziała, że wszystkie te trzy części działały ze sobą naprzemiennie. Te, o których wspomniałam wyżej. Czas leczy rany. Tak więc, wraz z upływającym czasem, gromiłam lwią część negatywnych emocji, dając dojść do głosu rozumowi. I odrobinie szczęścia z Twojego szczęścia. Czuję potrzebę powiedzenia Ci tego, co myślałam… może próbuję się usprawiedliwić w ten sposób… nie wiem. Pragnę, abyś mnie zrozumiała, Skarbie… kto wie, czy po dzisiejszym spotkaniu kiedykolwiek się jeszcze zobaczymy.

Bierzesz głęboki oddech i urywasz na moment, jakby mówienie sprawiało Ci ból. Sama nie mam pojęcia co powiedzieć. Chcę to przerwać, chcę przestać słuchać… czuję się źle z tym, co mówisz, ale z drugiej strony, chcę usłyszeć wszystko… to tak, jakbym poznawała tą ukrytą część niej, którą rzadko kiedy ukazuje.
– Co myślałaś, gdy byłam z Darią? – moje ściśnięte gardło z trudem przepuściło następujące słowa.
Nie patrzysz na mnie. Chyba się nie dziwię.

Myślałam, zupełnie logicznie, pragnąc znaleźć wytłumaczenie dla takiej rzeczywistości, a nie innej, że… że cóż. Znalazłaś kogoś, kto był obok Ciebie. Blisko. Kto Cię znał lepiej niż ja… znał Cię teraźniejszą, a nie tą sprzed półtorej roku. Ktoś, kto był na tyle blisko, że gdy miałaś jakiś problem, to porozmawiał, pocieszył i objął… czasami wyciągnął na miasto. Zrobił Twoje ulubione spaghetti. Pisanie, rozmowa przez kamerkę… to nie to samo, co fizyczne bycie obok. Związek na odległość to kłopoty, a nie rozwiązania. Więc dlatego, gdy rozwiałaś wątpliwości po naszym spotkaniu, to postanowiłaś powiedzieć „tak” komuś, kto czekał. I… moje serce pragnie mieć do Ciebie o to pretensje, ale rozum ich nie ma. I w tym przypadku to on dusi serce. Zrozumiałam, ale nie pogodziłam się. Przynajmniej nie od razu. Albo… nigdy. Z trudem przechodzi mi to przez gardło… ale… tak właśnie było. Co ciekawe… zapewne, gdybym bardziej w tamtych chwilach skupiła się na Tobie i Twoim szczęściu, zapewne dowiedziałabym się, kto to był. Och uwierz mi, gdy dodałam dwa do dwóch i wyszło cztery… rzadko kiedy śmieję się z goryczą… ale tamto odkrycie wywołało tą gorycz i nasunęło pytanie: „Gdzie ja miałam oczy?” Czy tak bardzo skupiłam się, do cholery, na sobie, na to, co ja czuję, że nie zwróciłam uwagi na podstawową rzecz? Tamtego dnia, moja ściana o mało nie dorobiła się dziury po pięści. A moja pięść skaleczeń, ale mniejsza z tym.
W każdym bądź razie… w pewnym sensie urwanie kontaktu było lecznicze. Sprawiło, że zdystansowałam się, nawet przestałam myśleć o Tobie codziennie. Odrywałam myśli i przyklejałam je do czegoś innego. Myślałam już o Tobie tylko co drugi dzień… ale na poważnie, cóż. Łapałyśmy kontakt raz na jakiś czas, a ja, mimowolnie, pocieszałam się myślą, że może… może to kiedyś się skończy. Twój związek. Och, teraz… ta myśl boli. Bo potem się skończył. To znowu było egoistyczne, ale… miłość jest w pewnym sensie egoistyczna. Zgodzisz się? Kochamy kogoś, w zamian oczekując tego samego. I cierpimy, jeśli to uczucie jest nieodwzajemnione. Czasami ganiłam się, że żyję dla durnej idei miłości, pieprzona miłość platoniczna… Nic z tego, co sobie wyobrażałam, nie będzie miało przecież miejsca… i dopiero wtedy, gdy gruchnęła na mnie wieść o Twoim rozstaniu się z Darią… cóż. Chyba wtedy spojrzałam potworowi prosto w oczy i nadałam mu Imię.


Siedziałyśmy w tej dziwnej ciszy… nieokreślonej. Już nie szłyśmy, jak na początku. Zresztą… czy było gdzie iść? Co nas czeka za horyzontem?
Wbijałam spojrzenie w błękitne niebo. Tak piękne… i tak czyste… niewinne… Moja głowa była zaskakująco lekka, jak na to, co usłyszałam przed chwilą. Myśli gdzieś ulotniły się. Jakby uleciały wraz z chmurami. Poczułam nagle, jak dziewczyna skraca dystans między nami. Powoli odwracam głowę w jej stronę. Patrzy na mnie z pewną… czułością. Jej usta są delikatnie wygięte, jakby formowały się do uśmiechu, bądź do wypowiedzenia następnych słów.
– To finał? – pytam, prawie dosłyszalnie. Moje wargi też ledwo się poruszają.
Kiwa głową, na potwierdzenie.
– Prawie – szepcze. – Jeszcze tylko…

Potwór był naprawdę ogromny i korzystał z faktu, że zupełnie go porzuciłam, przez te kilka miesięcy. Czym się żywił? Chyba… chyba trudno powiedzieć. Sama nie mam pojęcia. Jak kiedyś wspomniał mój tata: „Uczuć nie da się zrozumieć.”. Tak więc przestałam próbować. Po prostu zaakceptowałam fakt, że potwór miał na imię Miłość. Rościł sobie niepodzielne prawo do rządzenia moim sercem, a tym bardziej rozumem. Rozprzestrzenił się w mojej klatce piersiowej jak gruźlica w płucach i za przeproszeniem… gówno mogłam z tym faktem zrobić. Byłam stracona.
Nasze ostatnie próby kontaktu… cóż. Poznałaś parę moich ciemniejszych stron. Parę razy wyszłam na hipokrytkę. Ha! Wtedy mój mózg podsuwał mi paskudne myśli… a może to nie był mózg? W każdym bądź razie… Nie jestem zapewne osobą z Twoich marzeń. Górnych lotów też nie. Ale wiesz co? Uświadomiłam sobie, że zawsze mogę próbować być lepszą… zmieniać się… dla Ciebie. Z miłości. Bo Cię kocham. I nawet jeśli za chwilę powiesz, że… że… to wciąż nie to, wciąż nie miłość. Cóż, pójdę dalej. Bo da się. Ale tym razem nie chcę zmarnować żadnej okazji. Będzie to w chuj trudne. Nie chcę też Cię zranić… tak bardzo… tak bardzo mi na Tobie zależy. Na tym jak się czujesz, co myślisz. Nie chcę Cię ranić. I może czasami tego nie widać, ale wiesz… wiesz z czego to wynika? Z mojej desperacji starania się o Ciebie. Desperacji o bycie lepszym człowiekiem… dla Ciebie. Tak wiele razy obracam te słowa w swoim umyśle, rozbieram je jak mechanik, na najdrobniejsze części… i żadnego z nich nie żałuję. „Kocham Cię”. Zastanawiałam się, czy w potrzebie chwili mogłabym je po prostu do Ciebie powiedzieć, napisać Ci to… ale to znowu byłoby tak egoistyczne, nawet jeśli to jest miłość… bo z Twojej strony być może nie i poczułabyś się źle, poczułabyś się zobowiązana… nie czuj się zobowiązana. Jeśli… jeśli to nic z Twojej strony, wciąż możesz potraktować je jako informację. I nie mówię… może… to straszne, ale być może faktycznie, abyśmy obie wyszły z tego bez szwanku i z twarzą, to rozwiązaniem by było… aby to spotkanie dzisiaj było ostatnim. Niech każda z nas pójdzie inną drogą. Jednakże, nawet jeśli, to wiedz – nieważne z kim będziesz, gdzie będziesz, zawsze będziesz w mym sercu. Miłość z czasem zmienia się. Ale wciąż pozostaje miłością. A ja Cię kocham. Tu i teraz. I za kilka lat. I myślę, że do końca życia. Inaczej, już inaczej, ale wciąż.
Jednak jeśli, będziesz chciała nadal mieć kontakt… po dzisiejszym spotkaniu, Skarbie… to przepraszam. Moje uczucie do Ciebie skutecznie musi zapewne zatruwać naszą relację. Takie jest moje wrażenie. Wiem… rozgadałam się, przepraszam. Zaczynam dużo przepraszać, przepraszam… Ale… Właśnie jeśli z tego powodu mogłyby się one pogorszyć, bądź mogłabym Cię zranić, to może faktycznie lepiej byłoby, abyśmy się rozeszły…

Nie wiem, czy jestem zaskoczona, wstrząśnięta, czy… nie wiem. Widzę na twojej twarzy łzy. I mogę się tylko domyślać czym są spowodowane. W moim gardle jak kołek, stoi język, który uniemożliwia mi wypowiedzenie tego, co pragnęłabym w tej chwili powiedzieć. Czy jakiekolwiek słowa oddadzą jednak to, co się właśnie wydarzyło? Czy są jakieś dobre określenia na to, aby to wszystko zawrzeć i nie uronić znaczenia?
Drgnęłaś lekko. Przez krótką chwilę pomyślałam, że się odsuniesz, ale ku mojemu szczeremu zdziwieniu – wtuliłaś się we mnie.
– A więc, wracając do meritum sprawy – mamroczesz w moje ramię. – Wiesz, co by było gdyby zostałybyśmy parą?
Unoszę dłoń i delikatnie gładzę Twoje plecy.
– Chyba… chyba… nie jestem pewna – odpowiadam cicho.
Zaskakujesz mnie po raz kolejny, gdy parskasz cicho i unosisz głowę. Dzielą nas centymetry. Czekam na twój ruch. Jesteś blisko. Tak blisko, jak nigdy wcześniej.
– Kochałabym Cię jak szalona, w każdym znaczeniu tego zdania. I mimo tego, że byłoby trudno, wiem o tym, bo nie jestem osobą o łatwym charakterze… jest we mnie sporo do dopracowania, w nas jest sporo do dopracowania, a niektóre rzeczy zapewne jeszcze przyjdą z wiekiem… to zrobiłabym wszystko, aby uczynić Cię osobą najszczęśliwszą pod słońcem.
Słońce właśnie teraz powoli zniżało się ku horyzontowi, aby za nim zniknąć. Gdzieś w oddali odezwały się spóźnione dzwony. Spóźnione, prawda? Wychodziłyśmy przed południem… nie możliwe, aby był już wieczór… Powiał lekki wiaterek, niosący z sobą miliony pytań, ale bez odpowiedzi. Było tyle rzeczy, których człowiek jeszcze nie poznał. A jedną z nim była właśnie ta druga istota ludzka.
Cogito ergo sum
Awatar użytkownika
AntoniGrycuk
Nieśmiałek
Posty: 12
Rejestracja: 25 maja 2020, 20:54

26 maja 2020, 21:38

Po pierwsze podoba mi się ta przeplatanka. I obie "role" w pierwszej osobie.
Czuć, że tekst był napisany na emocjach. Normalnie zanudziłby mnie gdzieś w połowie, ale ten "żyje", dlatego doczytałem, nie za bardzo się nudząc.
Generalnie podoba mi się, choć brak mi tu jakiegoś "motoru napędowego". Zwykle takim bywa akcja, ale może być tajemniczość, kontrowersje czy niepewność dobrze zasiana. Na przyszłość pomyśl, aby zaciekawić czymś czytelnika poza wywodami.

że ten mięsień wielkości mojej zaciśniętej piersi jest taki ciężki?
pięści - literówka

W każdym bądź razie… nieważne.
bez "bądź" = w każdym razie - sie pisze.

uśmiechnęła się i powiedziała…
– Emi, chodź. – Kiwam głową. – To wtedy powiedziała.
Po pierwszym "powiedziała" dwukropek i bez: "to wtedy powiedziała".

ale nadawały temu wszystkiemu… ciekawą atmosferę. Takiej ciekawości… cichej… nadziei?
Zdecydowanie zbyt często stosujesz wielokropki. To najbardziej nadużywany znak interpunkcyjny?. Początkujący piszący uwielbiają go.

Wybiło mnie to z mojej rutyny… Ty byłaś moją rutyną. Gdzieś tam w najdalszych zakamarkach mojego mózgu,
W roztargnieniu przeczesujesz swoją własną czuprynę i kiwasz głową.
zbyt dużo zaimków w całym tekście, a powyżej przykład. Dałbym tak:
Wybiło mnie to z rutyny… Ty byłaś moją rutyną. Gdzieś tam w najdalszych zakamarkach mózgu,
W roztargnieniu przeczesujesz czuprynę i kiwasz głową. - jeśli domyślnie coś robisz ze sobą, to nie pisz, że o Ciebie chodzi, napisz, jeśli sie będzie różniło od wersji domyślnej, np: przeczesujesz jej czuprynę.

Widziałam tyle okazji, wymowne gesty, znaczące sytuacje, które dostrzegłam znacznie później i głupia!
O co chodzi z tą końcówką "i głupia", bo jest jak kieliszek do opłatka.

To mój pierwszy raz, gdy ją dotykam.
JEJ dotknęłam (kogo, co)

zerkając w to niesamowicie jasne i pogodnie niebo.
literówka

szanse na moją wersję były naprawę niewielkie.
literówka

– Co myślałaś, gdy byłam z Darią? – moje ściśnięte gardło z trudem przepuściło następujące słowa.
następujące - oznacza, że te słowa dopiero padną, a tu właśnie były.

znał Cię teraźniejszą, a nie tą sprzed półtorej roku.
półtora roku - ale półtorej butelki. Słowo "półtora dopasowujemy rodzajem do rzeczownika".

Czy tak bardzo skupiłam się, do cholery, na sobie, na to, co ja czuję, że nie zwróciłam uwagi na podstawową rzecz?
...na tym, co czuję...

Będzie to w chuj trudne.
Oj... Całe opowiadanie jest "mądre", pełne przemyśleń, a tu nagle bluzgasz. To aż mnie zabolało.

Wiesz, co by było gdyby zostałybyśmy parą?
Sama przeczytaj.

– Chyba… chyba… nie jestem pewna – odpowiadam cicho.
Zaskakujesz mnie po raz kolejny, gdy parskasz cicho i unosisz głowę.
2 x cicho

nie możliwe, aby był już wieczór…
niemożliwe - razem

Ogólnie podobało mi się, ale mogło bardziej.

Pozdrawiam.
Awatar użytkownika
Wilczyca
Gryzipiórek
Posty: 92
Rejestracja: 13 maja 2020, 0:25

26 maja 2020, 22:19

AntoniGrycuk pisze:
26 maja 2020, 21:38
Po pierwsze podoba mi się ta przeplatanka. I obie "role" w pierwszej osobie.
Czuć, że tekst był napisany na emocjach. Normalnie zanudziłby mnie gdzieś w połowie, ale ten "żyje", dlatego doczytałem, nie za bardzo się nudząc.
Generalnie podoba mi się, choć brak mi tu jakiegoś "motoru napędowego". Zwykle takim bywa akcja, ale może być tajemniczość, kontrowersje czy niepewność dobrze zasiana. Na przyszłość pomyśl, aby zaciekawić czymś czytelnika poza wywodami.

że ten mięsień wielkości mojej zaciśniętej piersi jest taki ciężki?
pięści - literówka

W każdym bądź razie… nieważne.
bez "bądź" = w każdym razie - sie pisze.

uśmiechnęła się i powiedziała…
– Emi, chodź. – Kiwam głową. – To wtedy powiedziała.
Po pierwszym "powiedziała" dwukropek i bez: "to wtedy powiedziała".

ale nadawały temu wszystkiemu… ciekawą atmosferę. Takiej ciekawości… cichej… nadziei?
Zdecydowanie zbyt często stosujesz wielokropki. To najbardziej nadużywany znak interpunkcyjny?. Początkujący piszący uwielbiają go.

Wybiło mnie to z mojej rutyny… Ty byłaś moją rutyną. Gdzieś tam w najdalszych zakamarkach mojego mózgu,
W roztargnieniu przeczesujesz swoją własną czuprynę i kiwasz głową.
zbyt dużo zaimków w całym tekście, a powyżej przykład. Dałbym tak:
Wybiło mnie to z rutyny… Ty byłaś moją rutyną. Gdzieś tam w najdalszych zakamarkach mózgu,
W roztargnieniu przeczesujesz czuprynę i kiwasz głową. - jeśli domyślnie coś robisz ze sobą, to nie pisz, że o Ciebie chodzi, napisz, jeśli sie będzie różniło od wersji domyślnej, np: przeczesujesz jej czuprynę.

Widziałam tyle okazji, wymowne gesty, znaczące sytuacje, które dostrzegłam znacznie później i głupia!
O co chodzi z tą końcówką "i głupia", bo jest jak kieliszek do opłatka.

To mój pierwszy raz, gdy ją dotykam.
JEJ dotknęłam (kogo, co)

zerkając w to niesamowicie jasne i pogodnie niebo.
literówka

szanse na moją wersję były naprawę niewielkie.
literówka

– Co myślałaś, gdy byłam z Darią? – moje ściśnięte gardło z trudem przepuściło następujące słowa.
następujące - oznacza, że te słowa dopiero padną, a tu właśnie były.

znał Cię teraźniejszą, a nie tą sprzed półtorej roku.
półtora roku - ale półtorej butelki. Słowo "półtora dopasowujemy rodzajem do rzeczownika".

Czy tak bardzo skupiłam się, do cholery, na sobie, na to, co ja czuję, że nie zwróciłam uwagi na podstawową rzecz?
...na tym, co czuję...

Będzie to w chuj trudne.
Oj... Całe opowiadanie jest "mądre", pełne przemyśleń, a tu nagle bluzgasz. To aż mnie zabolało.

Wiesz, co by było gdyby zostałybyśmy parą?
Sama przeczytaj.

– Chyba… chyba… nie jestem pewna – odpowiadam cicho.
Zaskakujesz mnie po raz kolejny, gdy parskasz cicho i unosisz głowę.
2 x cicho

nie możliwe, aby był już wieczór…
niemożliwe - razem

Ogólnie podobało mi się, ale mogło bardziej.

Pozdrawiam.
Dzięki Antoś. Jutro zapewne wezmę się za poprawianie. Czytałam ten tekst już tyle razy, wiele poprawiłam, ale jak widać wciąż jeszcze coś wychodzi. Dziękuję. ;)
Cogito ergo sum
ODPOWIEDZ